Życie każdego hobbysty to codzienny znój i trud.  Jeśli ktoś jest hobbystą-akwarystą, to do tej listy dołożyć musi jeszcze coś, co ze słowem „trud” doskonale się rymuje…

 Rankiem ów hobbysta-akwarysta, gdy tylko ze snu uniesie powiekę, już czuje w nozdrzach subtelny zapach starej hodowli nicieni. Wiadomo, że żywy pokarm jest najlepszy. (Dlatego „błogosławione żony, które mężom pozwalają w domu hodować robaki”). Nicienie będą na kolację dla narybku pielęgniczek Ramireza. Na śniadanie przewidziany jest dla nich rurecznik. Więc kiedy żona kroi kabanosy, my siekamy rurecznika. Sielanka, choć rurecznikom – drobno krojonym „od głowy do ogona” – pewnie nie jest do śmiechu. Przy karmieniu trzeba unieść pokrywę akwarium. Parę kropel wody zawsze wtedy popłynie po szybie. Parę skapnie na parkiet. Niech go…!  I tak się wypacza (o czym dalej). Teraz spieszymy się do roboty…

Mieliśmy kiedyś w biurze akwarium. Dwustuczterdziestka z neonami. Niestety, mieliśmy też rebranding. Przyszła jedna designerka i – przy okazji zmiany wizerunku firmy (na „chłodny profesjonalizm”) – zlikwidowała wszystkie kwiaty doniczkowe, a przy okazji – nasze akwarium. Ostała się tylko bogata kolekcja fotografii przyrodniczej (wewnątrz szafek ubraniowych chłopaków z produkcji). Jednym słowem, poza dyskusją na forum akwarystycznym i zakupami w sklepie zoologicznym on-line, w robocie nie dzieje się nic ciekawego. Sytuację ratują dyskusje „na papierosie”. Kolega – nawet nie sadysta, raczej dureń – ma standardowe 112 litrów i od roku uparcie próbuje „coś” dołożyć do pary księżniczek z Burundi (z potomstwem). Oczywiście księżniczki zabijają wszystkich intruzów, bo bronią terytorium. Ale kolega jest uparty. Ostatnio go olśniło: żółw wodny! Kurde, pracuję z geniuszem.

Wracając z roboty, trzeba kupić coś do jedzenia. Rybom. Kiedy jeszcze na osiedlu działał sklepik pana Adama, można było „przy okazji” pogawędzić sobie z kimś mądrzejszym od siebie. Teraz, od kiedy pana Adama pożarła sieciówka, w rozmowie z jej personelem czuję się jak Heiko Bleher (co ja mówię – jak Heiko Bleher i Herbert Axelrod razem wzięci). „Jest żywa artemia?” – pytam.  „Nie, te podłużne i przeźroczyste to szklarka, nie artemia” – służę radą. „Nie, nie chcę tej żywej rozwielitki, bo jest martwa” – już ledwo się trzymam. „Razem pięć sześćdziesiąt” – słyszę na odchodnym. Zdzierstwo.

W domu pierwsze kroki kierujemy ku akwarium. Temperatura w normie. Filtr filtruje. Brzęczyk brzęczy. Obie „ramirezki” dziarsko uwijają się przy narybku. Uff… A potem: „Cześć kochanie, wróciłem”.

Nie jestem chyba złym mężem. Robię, co mi żona każe. Oddaję jej całą pensję. Potem dostaję te same pieniądze, żebym zrobił zakupy. Wyrzucam śmieci. Tankuję i myję jej pandę. Wstawiam wodę na herbatę. No i zajmuję się akwarium. Moi nie tak znów odlegli przodkowie dzielili zwierzęta na te,  które się wkładało w garnek, i na te, które się dawało wydoić. Moja żona – geniusz kulinarny – na szczęście patrzy na akwarium wyłącznie jak na ozdobę salonu. Kiedy hodowałem paletki – nawet jej się podobały. Ale z parą tanganickich naskalników wężogłowych – przyznaję -  trochę przegiąłem. Opieka nad potomstwem w ich wykonaniu jest co prawda bardzo interesująca. Ale dwustulitrowy zbiornik pełen kryjówek (a w nim dwie siedmiocentymetrowe rybki ubrane w moro) przypominał kamieniołom po wizycie włamywacza.

Inne zdarzenie, które świadczy o tym, że żony akwarystów to specyficzny rodzaj niewiast:  otóż kiedyś, jak każdemu, wylało mi się trochę wody z akwarium. Na pewno nie było to więcej niż osiem wiader. Winny był filtr. Coś było nie tak z przyłączkami. Kiedy wróciłem do domu – parkiet imitował Tatry. Spodziewałem się – jeżeli nie ataku chochlą, to przynajmniej gniewu na miarę Mojżesza schodzącego z góry Horeb. A tymczasem usłyszałem: „Chyba tym razem nie powiesz, że remont zrobimy w przyszłym roku?”. Dalej rozmowa dotyczyła już tylko koloru ścian po remoncie. Ponieważ jest mi to kompletnie obojętne – zgodziłem się na wszystkie pomysły żony, czym niewątpliwie wprawiłem ją w dobry nastrój. A parkiet sobie spokojnie wysechł.

Dzieci akwarystów mają jeszcze gorzej. Narażone są na przemoc psychiczną. Kiedyś próbowałem je zainteresować akwarystyką. Przy rozmnażaniu gupików było jeszcze okej. Samiczki rodziły jak krówki, pieski albo kobietki. Kiedy jednak zacząłem objaśniać im mechanizm tarła pyszczaków – żona dyskretnie pokazała mi kółeczko na czole. „No, nie przy jedzeniu” – zacytowała Stuhra z „Seksmisji” (nomen omen). W efekcie syn myśli o zwierzętach to samo, co jego przodkowie. A córka ma świnkę morską. Dziewicę.

Akwarystyka – w przeciwieństwie na przykład do kolarstwa – to hobby praktykowane w domu. W samotności. Bliskie niektórym dyskretnym nałogom. Ale jest przecież Internet! Kiedy więc nasz dom powoli zaczyna poprzez wieczorne ablucje szykować się do snu – można jeszcze wskoczyć na chwilkę na forum. Kiedyś to miałem cierpliwość! Potrafiłem nawet udzielić merytorycznej odpowiedzi  na post w stylu: „Hejka! Mam 200 litrów. Jakie pyszczaki?”. À propos: policzcie sobie – w sprzedaży w Polsce jest podobno ze czterdzieści gatunków samych Mbuna. W dwustu litrach „upchnie” się ze trzy gatunki. No i ile mamy takich trójek? Dokładnie 9880. Jakby „New York Times” miał stałą rubrykę „Jakie pyszczaki?”, to można by żyć z wierszówki do końca życia.  Albo gdyby ktoś płacił choć 1 PLN za poprawianie forumowiczom błędów w słowach „chów” i „hodowla”, to też można by się było nieźle urządzić. Jednym słowem: Internet do idealne miejsce, by czasem spotkać jeszcze głupszych od siebie.

Naprawdę, ciężkie jest nasze hobby. Najgorsze jest to ciągłe patrzenie na akwarium. Bo – kochany akwarysto – co takiego tam znowu ciekawego widzisz?

Życie. Życie w czystej postaci. Przeniesiony między betonowe ściany fragment natury. Niepowtarzalny. Herbaciany nurt Amazonki z armadą skalarów. Strumień w dżungli pełen neonowych błysków. Surowy, księżycowy krajobraz Tanganiki. Landrynkową urodę gupików. Zielone holenderskie łąki. Symfonię kolorów i ruchu. Szaleństwo prawdziwego życia.

To wszystko dzieje się tuż obok nas. I nikt nie ma takiego akwarium jak Twoje.  Każdy zbiornik to odrębny mikrokosmos.  Oddany w Twoje ręce. Zależny od Ciebie: od Twojej mądrości, cierpliwości, pracowitości. Czym zasłużyłeś sobie na takie szczęście ?

Tych którzy dobrnęli aż tu, pragnę zapewnić, że powyższy tekst w połowie jest zmyślony. A w połowie prawdziwy.

Fot. Paweł Czapczyk

Opublikowano drukiem w Magazynie Akwarium nr 3/2017 (163).

Zapisz

Zapisz