Z Heiko Bleherem, światowej sławy ichtiologiem i akwarystą, a także podróżnikiem i odkrywcą, rozmawiają Paweł Czapczyk i Zbigniew Joniec

Paweł Czaczyk, Zbigniew Joniec: W Polsce masz zagorzałe grono fanów i wielbicieli od wielu lat. Lubisz odwiedzać nasz kraj?

Heiko Bleher: Tak. Lubię do was przyjeżdżać już od pierwszej konferencji, która miała miejsce w latach osiemdziesiątych. Polska jest jednym z moich ulubionych europejskich kierunków.

A jak według Ciebie zmieniło się na przestrzeni końca XX wieku i początku XXI wieku oblicze akwarystyki na świecie?

W ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat nastąpił szereg znaczących zmian. I niezależnie od postępu technologicznego i wielu ułatwień dla akwarystów w postaci udogodnień sprzętowych – na naszych oczach obserwujemy obecnie spadek popularności akwarystyki. Złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze, jako akwaryści mamy do czynienia z mniejszym wsparciem ze strony branży w promowaniu naszego cudownego hobby. Po drugie, sklepy akwarystyczne nie idą z duchem czasu – nie inwestują (lub robią to szalenie rzadko) w nowe produkty i niewystarczająco je reklamują. Tylko nieliczne placówki komercyjne sprowadzają nowe gatunki ryb czy roślin, interesując się jednocześnie nowo opracowywanymi materiałami i książkami. Sklepy nie zgłębiają też nowych – a niejednokrotnie przy tym łatwych – sposobów hodowli ryb. Trzecia przyczyna radykalnej zmiany, czyli spadku zainteresowania akwarystyką na świecie, leży oczywiście w rozwoju technologicznym, czyli wszechobecności elektronicznych gadżetów: telefonów, komputerów, gier elektronicznych i ogłupiających reklam, które zachęcają młodzież do wsiąkania w rzeczywistość wirtualną. Co więcej, młodzi ludzie nie są wcale dziś uczeni praktycznego obcowania z przyrodą. Dzieciom nie są pokazywane akwaria: nie robi tego szkoła, nie robią rodzice.

Świadomość akwarystów na całym świecie zmienia się jednak między innymi dzięki Twojej wytężonej pracy badawczej i edukacyjnej.

Mnie swoją wiedzę przekazali dziadek i mama. I to dzięki nim promuję teraz to niezwykłe hobby i nieustannie odkrywam nowe gatunki. Wykładając w różnych miejscach na całym globie, staram się pokazywać ludziom, zwłaszcza ludziom młodym, piękno natury i podwodnego świata, od którego tak wielu rzeczy możemy się nauczyć. W końcu cała nasza wiedza ma swój początek w przyrodzie, w naturze. Przyroda to nasza najlepsza nauczycielka i zawsze, do końca swego istnienia, taką pozostanie. Niestety, w tej nierównej walce zdaję się być osamotniony (często porównuję sam siebie do Don Kichota), ale toczę ją dalej na całym świecie (mając nadzieję, że moja córka pójdzie w moje ślady), działam w internecie i na portalach – takich jak Facebook czy LinkedIn.

Na skutek mediów elektronicznych i internetu świat już dawno stał się rodzajem global village i wszelkie nowinki szybko się rozchodzą. Czy – jako rasowy podróżnik – dostrzegasz jeszcze jaskrawe różnice pomiędzy imprezami akwarystycznymi na Wschodzie i Zachodzie?

Różnice są ewidentne i znaczące. Obecna tendencja jest taka, że na Wschodzie o wiele więcej osób zaczyna się interesować akwarystyką, niż na Zachodzie. Weźmy dla porównania Azję, a z drugiej strony – Europę i Amerykę Północną. Otóż w ostatnich latach w Azji, a zwłaszcza w Chinach, można zauważyć wzrost zainteresowania tym hobby, czego nie obserwuje się dziś w krajach, w których kształtowała się zachodnia cywilizacja.

Które trendy akwarystyczne uważasz za interesujące i warte wspierania, a które prowadzą – Twoim zdaniem – do wypaczeń, a nawet zagrożeń dla naszego hobby?

Idea nanoakwariów jako nowoczesny trend (choć same nanoakwaria straciły już walor pierwszej świeżości) jest niewątpliwie bardzo ciekawa i warto ją wspierać. Powinno się promować posiadanie niewielkich gatunków ryb i bezkręgowców. Nawiasem mówiąc, w ostatnich latach odkryłem wiele fantastycznych „nanogatunków”, które eksporterzy z Ameryki, Afryki czy Azji mogliby wysyłać na przykład do Europy, ale ani sprzedawcy hurtowi, ani detaliczni ze Starego Kontynentu ich nie zamawiają. Nie są nimi zainteresowani i nie sprowadzają ich nawet do celów edukacyjnych, choć same rozmiary i biologia tych ryb sprawiają, że byłyby one doskonałymi mieszkańcami potencjalnego akwarium domowego...

Co jeszcze warto wspierać?

Kolejnym nowoczesnym trendem wartym wspierania (i niezwykle ważnym!) jest akwarystyka biotopowa. Moim zdaniem to właśnie w „biotopach” tkwi przyszłość amatorskiej hodowli ryb i uprawy roślin akwariowych. Co innego, jak nie akwarium biotopowe, stanowiące kwintesencję „prawdziwego akwarium”, jest w stanie zapewnić naszemu hobby zastrzyk świeżego powietrza i silny impuls do jego dalszego rozwoju? A dzięki zbiornikom, w których zostanie odtworzony wycinek środowiska naturalnego, rozmaici ludzie z bliska będą w stanie dostrzec i zauroczyć się pięknem podwodnego świata oraz zmianami w biologii najbardziej fascynujących kręgowców na Ziemi. Krótko mówiąc: w akwarium biotopowym nastąpi coś, co przecież nigdy nie zostanie ziszczone w akwarium ogólnym bądź towarzyskim, z umieszczonymi w nim dekoracjami, rybami i roślinami pochodzącymi z różnych kontynentów.

I nagle okaże się, że takie podwodne odwzorowanie natury można godzinami obserwować i z przejęciem studiować niezwykłe, na wskroś naturalne zachowania zwierząt.

A zagrożenia i niebezpieczeństwa dla akwarystyki?

Spore niebezpieczeństwo, jakie widzę w kontekście przyszłości naszego hobby, stanowi coraz częstsze reklamowanie projektów aquascapingowych. Dlaczego? Bo posiadaczami zbiorników tego typu jest – i zawsze będzie – jedynie wąska i ograniczona grupa akwarystów, którzy w dodatku chcą przede wszystkim promować samych siebie. Zakładane przez nich akwaria, pieczołowicie dopieszczone, estetyczne i designerskie, nie mogą jednak nigdy długo przetrwać w wyjściowej formie. Łatwo i szybko zarastają one roślinami, a ryby nie mają w nich szans. W rezultacie miłośnik akwarium, wydawszy niemałą kwotę na pięknie zaaranżowany zbiornik, szybko się zniechęci i zrezygnuje z kultywowania tego hobby.

Nie myślcie jednak, że jestem całkowicie przeciwny aquascapingowemu udziwnianiu i przekształcaniu wizerunku akwarystyki, gdyż same zbiorniki reprezentujące ten styl są często uderzające i zjawiskowe. Nigdy jednak nie przetrwają one tak długo, jak prawdziwe akwarium biotopowe, które nie wymaga wiele uwagi i pracy – oczywiście pod warunkiem, że jest prawidłowo urządzone i celnie odwzorowuje naturę.

Jednak największym zagrożeniem dla akwarystyki są ryby „tworzone” przez człowieka – ryby, którym wstrzykiwane są barwniki i zwierzęta manipulowane genetycznie. Żyją one bardzo krótko (maksymalnie sześć miesięcy), pozostając wyjątkowo podatnymi na różne infekcje i choroby. Klient, zakupiwszy takie „zmanipulowane” osobniki, szybko je straci, a wraz z nimi – cały zapał do akwarystyki.

Do jakich miejsc i biotopów jeszcze nie dotarłeś?

Na mojej mapie ekspedycyjnej znajduje się około dwustu siedlisk, w których chciałbym przeprowadzić badania. Są to głównie rejony odległe i dotychczas nieodkryte – na Madagaskarze, w Mongolii, w północno-wschodniej części Indii, w Bhutanie, w Chinach i na Tybecie oraz na Czukotce, Kamczatce, w południowym Chile… Kolejny raz chciałbym też odwiedzić indonezyjską rzekę Memberamo na Nowej Gwinei – ja i australijski ichtiolog Gerald Robert Allen, będąc tam dwukrotnie, przywieźliśmy stamtąd Melanotaenia praecox i inne cenne gatunki ryb. Oczywiście pragnę pojechać do Amazonii i Argentyny, a także zbadać biotopy w niektórych krajach afrykańskich. Bo chociaż odwiedziłem już pięćdziesiąt miejsc na Czarnym Lądzie, to wciąż są tam nieodkryte tereny w Gwinei Bissau, Gwinei, Liberii, Sierra Leone, w rejonach Kongo, Angoli, Mozambiku, Etiopii czy Erytrei. Chciałbym przywieźć stamtąd ciekawe okazy i reprezentantów gatunków, które są obecnie bliskie wymarcia, a nie były dotychczas hodowane w akwariach. Nawiasem mówiąc, sporo gatunków, które odkryłem, już wymarło – czy to na skutek zanieczyszczenia wód i dewastacji środowiska, czy też wycinki lasów w rejonach okalających konkretne akweny.

Który z mateczników chciałbyś szczególnie odwiedzić?

Odpowiem przewrotnie: chciałbym spenetrować wszystkie siedliska słodkowodne, których nie miałem jeszcze okazji poznać, bo odwiedziłem do tej pory zaledwie dwieście siedemnaście krajów...

Czy masz na oku jakąś rodzinę ryb, jakiś rodzaj lub gatunek, któremu chciałbyś się poświęcić w najbliższym czasie?

Jak już wspominałem wcześniej – ostatnimi czasy skupiam się na miniaturowych rybach słodkowodnych, gdyż widzę, że długo były w akwarystyce ignorowane na podobieństwo niedocenianych kamieni szlachetnych. Ryby, które mam na uwadze, należą głównie do dwóch rzędów: kąsaczokształtnych (Characiformes) i sumokształtnych (Silurifomes). Chciałbym również sklasyfikować i opisać, zanim będzie na to za późno, rybę występującą w najbardziej północnym rejonie, czyli na Czukotce w Rosji, a z drugiej strony – gatunki, które zamieszkują wody na najbardziej na południe położonej wyspie (na mapie leży ona pod Ameryką Południową), a także ryby żyjące w najwyżej położonych miejscach na naszym globie – należy do nich przedstawiciel piskorzowatych spotykany w Tybecie na wysokości 5876 m n.p.m.

Podczas swojej ostatniej wyprawy odkryłeś nową pielęgniczkę z rodzaju Apistogramma. Czy mógłbyś coś więcej o tym odkryciu opowiedzieć?

W swoim życiu – oprócz wielu innych gatunków ryb – odkryłem w sumie niejednego przedstawiciela rodzaju Apistogramma. A w chwili obecnej staram się rozmnożyć dwa ostatnio odkryte gatunki, ale z każdego z nich posiadam zaledwie po dwie pary. Ryby te mają niesamowite kolory. Te pierwsze, barwy jaskrawożółtej z bardzo rzadko spotykanymi czerwonymi obwódkami wokół oczu, mogą stać się autentycznymi klejnotami w każdym akwarium, podobnie zresztą jak te drugie – imponujące dużą jaskrawoczerwoną płetwą grzbietową.

Czy już wiadomo jak ryby te zostaną sklasyfikowane?

Najpierw musimy je rozmnożyć. Przede wszystkim powinny być bowiem gatunkiem zachowanym… A wiecie, jak wygląda cała procedura? Możecie o tym przeczytać w naszym kwartalniku „Aqua. International Journal of Ichtyology” oraz na stronie www.aqua-aquapress.com, gdzie znajdziecie dokładne wytyczne postępowania.

Co trzeba zrobić, by ochronić dziewicze rejony Afryki, Amazonii, Australii, Borneo czy Madagaskaru? Czy możliwa jest jakaś wspólna i długofalowa kooperacja odpowiedzialnych firm i instytucji oraz ichtiologów i akwarystów z całego świata?

Z mojego doświadczenia wynika, że w istocie niewiele można zrobić. Ta bolesna prawda jest wynikiem obserwacji, jakie poczyniłem podczas licznych podróży. Należy podkreślić, że przygniatająca część rejonów, które określamy jako „dziewicze”, jest już zniszczona. Większość „parków narodowych” czy „rezerwatów przyrody” – zwłaszcza w Afryce, Amazonii i na Borneo – istnieje już tylko na mapach, w internecie i w książkach. W rzeczywistości akweny te są – albo za chwilę będą – historią. Często pozostały jedynie otaczające je drzewa...

Współpraca odpowiedzialnych firm nie udaje się ze względu na brak środków finansowych, podobnie wygląda sprawa z ekspertami – ichtiologami i akwarystami. Nie mają oni pieniędzy, a przynajmniej twierdzą, że są bez funduszy. Nieliczni z nich przekazali jakieś niewielkie kwoty na zarejestrowanie gatunków żyjących na przykład w północno brazylijskiej rzece Xingu, co związane było z projektem budowy hydroelektrowni Belo Monte, która to zapora z pewnością doprowadzi do wymarcia wielu tamtejszych zwierząt.

Ale w sumie to był nieistotny incydent, przedsiębrany, jak zwykle, z myślą o korzyściach o własnych.

Jedynym sposobem ocalenia wielu gatunków są tak naprawdę akwaria – wiele z nich nie spotkamy już na wolności, ale w najlepsze egzystują one właśnie w zbiornikach hodowców. Należy zatem rozpocząć długofalową współpracę i promować odtwarzanie i kreowanie naturalnych biotopów konkretnych ryb w akwariach, w których one przetrwają i w których – jak w naturze – będą się mogły dalej rozmnażać.

Czy mógłbyś zabawić się w proroka i powiedzieć, jak będzie wyglądała akwarystyka na świecie za lat dwadzieścia pięć, pięćdziesiąt i sto?

Jeśli korzystny kurs na akwarystykę biotopową zostanie utrzymany, a ona sama – przy wsparciu branży i sklepów zoologicznych – będzie się rozwijać, a do tego zmieni się podejście w szkołach i domach, to widzę duże szanse dla akwarystyki w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat. A jeżeli zmieni się cały system kształcenia i edukacji, i wzrośnie przy tym świadomość, że jedynym sposobem ocalenia dzikiej przyrody pozostają domy z ogrodami, w których znajdą się oczka wodne (obecnie ich liczba stale rośnie), w mieszkaniach i domach powstawać będą paludara i akwaria, to w perspektywie najbliższych pięćdziesięciu lat przewiduję dalszy wzrost. Natomiast co będzie za lat sto? Moja wizja i przepowiednia jest taka: widzę akwaria obsługiwane nie przez ludzi, lecz przez roboty. Będą one od naszego gatunku, od Homo sapiens, lepiej przygotowane, inteligentniejsze i precyzyjniejsze, a przy tym będą łatwe w obsłudze.

Miradolo Terme, Włochy, 25 września 2017

Opublikowano drukiem w Magazynie Akwarium nr 6/2017 (166).